poniedziałek, 13 lutego 2017

Korzyści samotnej podróży

W dzisiejszych czasach, podróż potrafi być przyjemna. Szybkie pociągi, samoloty, zabookowanie hotelu przez smartfon, lekka walizka. Dalekie kraje przestały już odstraszać. Są zwolennicy teorii im dalej, tym lepiej. Podróż do miasta obok, lub poza miasto też może być inspirująca. Coraz więcej osób woli podróżować “na własną rękę” niżeli z pomocą biur podróży. I ja także doceniam taką możliwość decydowania o wszystkim. To ja wybieram miasto, dzielnicę, hotel, środek transportu. Miejsca (parki, teatry, kina, muzea, kluby, koncerty) które chcę odwiedzić. To ja podpytam miejscowych, gdzie warto zjeść. Sama, gdy widzę pusty bar i kelnera, który leniwie wyciera lampki od wina, to nawet nie wchodzę do środka. Uwielbiam bary, kluby, restaurację pełne ludzi i  dobrej muzyki. Wcześniej robię także research w Internecie.


Od paru lat jeśli mam do wyboru Jechać sama, albo nigdzie nie jechać. Decyduję się na opcję pierwszą. Nie zawsze tak było, kiedyś bez towarzystwa wyjazd mógł dla mnie nie istnieć, do czasu, aż w końcu się odważyłam. I nie żałuję! Mam szczęście, bo zawsze trafiam na miłych gospodarzy pensjonatu, czy hotelu, którzy zawsze  poradzą sobie z moją ciężką walizką.


by me 
Mogę się podpisać pod stwierdzeniem pisarza amerykańskiego Uptona Sinclaira  “Podróż do nieba, czy do piekła rezerwuję się w tym samym biurze podróży, czyli w naszej wyobraźni”.  


Na samotna podróż należy się właściwie przygotować, zarówno jeśli chodzi o rzeczy, które ze sobą zabieramy, jak i to jakie mamy nastawienie. Gdy podróżuję z kimś, zawsze się troszczę trochę bardziej o potrzeby tej osoby, niżeli swoje. Nie zmienię tego, jestem jak włoska matka, która lubi, gdy jej dzieci są najedzone i mają ciepło.  Przedkładam potrzeby innych nad swoje. I muszę nad tym popracować. Natomiast, gdy wybieram się sama, mam inny poziom energii i motywacji. Realizuję tylko i wyłącznie swoje plany, swoje marzenia. Nieraz ktoś z mojej rodziny żartuje, że trzeba mieć krzepę, by ze mną podróżować. Coś w tym jest, jestem w stanie przez cały dzień włóczyć się po mieście, i przerwy robię tylko na to, by coś zjeść i rozprostować kości, a potem dalej w drogę. Maksymalnie wykorzystuję to, co zastaje na miejscu. Lubię się nasycić życiem w mieście, jak i zachwycić się pięknem przyrody górami, morzem, dzikim ptactwem, roślinnością, klimatem. Nie narzekam też na pogodę, nawet podczas deszczowej aury, wymyślę coś, aby się tylko nie nudzić. W planowaniu podróży ważny jest jej termin. Jestem spontaniczna, i jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, bywa, że prawie z dnia na dzień coś wpadnie mi do głowy. Robię wtedy listę rzeczy niezbędnych, zbędnych mniej lub bardziej i dzięki temu, pakuję się szybko i sprawnie.

Kiedyś przed laty wymyśliłam weekendowy wyjazd, przede mną było 13 h nocnej jazdy pociągiem. Nie przerażało mnie nawet to, że nie mam miejsca siedzącego (bardzo stare czasy, gdy całą podróż można było spędzić na korytarzu), teraz bez wykupionej miejscówki nawet nie wpuszczą do pociągu dalekobieżnego. Teraz podróżuje w klimatyzowanych i dobrze wyposażonych składach, ale miło wspomnieć jak było kiedyś. Pamiętam, jak matka, z charakterystyczną dla niej troską, krzyczała:”Odwołaj to! Nie jedź!”. Pamiętam, że zdenerwowałam się, bo przez taki “drobiazg” miałam  zrezygnować z marzenia. Odpowiedziałam “ I tak jadę! bo wiem, że sobie poradzę”. Oczywiście nie byłam tego pewna, ale na miejscu okazało się, że takich spontanicznych i nieustraszonych podróżników jest więcej niż tylko Ja. Tłumy potrafiły przerazić, ale tym razem dodały mi siły.
Podróż wlekła się niesamowicie. Noc długa, deszczowa. Było zimno, ciemno. Na korytarzu światło zapalało się tylko wtedy, gdy co godzina sprawdzano nam bilety. Co wtedy robiłam? Słuchałam muzyki, przysypiałam i na szczęście nikt mnie nie okradł. Dodawałam sama sobie otuchy, że jeszcze tylko 600..500..400300...200..100..50..5..km. Potem już była tylko sama radość. Udało się!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz