sobota, 29 kwietnia 2017

Czy feministki potrafią kochać?

Czy feministka potrafi naprawdę kochać mężczyznę? To pytanie zadał mi mój przyjaciel, z którym już od kilku, dobrych lat prowadzę interesujące dyskusje. Nie zszokował mnie, bo podejmowałam z nim już bardziej kontrowersyjne tematy. Powiedziałam mu raz mimochodem, że ja już pod koniec podstawówki (chodziłam do tej starego typu- 8 klasowej:) poczułam, że poglądy feministyczne są mi bliskie. Od dawna podziwiam takie kobiety, i w końcu sama też jestem feministką. I otwarcie się do tego przyznaje. W ogólniaku i na studiach, wielu nauczycieli i profesorów mówiło mi, żebym brała pod uwagę to, że nie wszyscy trawią kobiety-feministki...zwłaszcza te zagorzałe. Wręcz radzili mi, bym zwracała uwagę na to, co mówię i w jakim kontekście, bo bycie feministką może się na mnie zemścić. Dobrych rad nigdy dość. Ale....
fot.by me



Wracając do pytania ”Czy feministka potrafi naprawdę kochać mężczyznę?”
Dla mnie to takie samo pytanie na zasadzie, czy człowiek może przestać oddychać? Owszem, na kilka sekund, czy też minut (rekordziści :) ale nie ciągle i nie zawsze. Kobiety potrzebują mężczyzn, a mężczyźni kobiet. Potrzeba nie oznacza jednak konieczności. Kobieta może żyć bez mężczyzny, ale nie musi od razu rezygnować całkowicie z męskiego towarzystwa. Feminizm nie wyklucza miłości, przyjaźni, koleżeństwa. Nie wyklucza także założenia swojej rodziny i urodzenia dzieci. Śmiem twierdzić, że kobiety niezależne kochają mądrzej. Nie ma sensu licytować się, czy kochają mocniej, czy słabiej, czy w ogóle, bo to za płytka miarka. Nie ma nic gorszego i uwłaczającego niż uczepienie się mężczyzny i bycie od niego całkowicie zależnym, nie tylko finansowo, ale także mentalnie. Feministki potrafią być zorientowane na swoje potrzeby, a nie tylko na spełnianie oczekiwań mężczyzn. Każda kobieta jest feministką, inne mniej, inne bardziej. Jedne się z tym nie obnoszą wszem i wobec, walczą o swoje po cichu, a drugie walczą w sposób bardziej widoczny.
Kobieta, która całkowicie poświęca się mężczyźnie i zapomina o swoich prawach, czy marzeniach nigdy nie będzie do końca szczęśliwa. W sytuacji, gdy zabraknie owego faceta, może poczuć zabijającą ją, wewnętrznie, pustkę. Znowu bycie feministką wcale nie oznacza miłości połowicznej, tylko właśnie mądrzejszej. Mężczyzna powinien być uzupełnieniem kobiecego świata, ale nie całym jej światem. Uzupełnieniem układanki, na jaką składa się życie. Oprócz faceta czy męża, jest jeszcze praca, hobby, dzieci, przyjaciółki, dalsza rodzina. Nie ma nic gorszego niż zrezygnować z siebie, dla miłości. Należy mieć szacunek do swoich marzeń, potrzeb i obowiązków. Nie należy szufladkować, że np. feministka to oschła, chłodna wariatka, która nie chce się podobać męskiej części społeczeństwa.  Feministka też może dbać o siebie, dzieci, rodzinę i partnera. Jednocześnie może się sprzeciwić, gdy ktoś będzie usilnie narzucał jej to, co nie jest zgodne z jej przekonaniami. Nie musi nosić szpilek, make-upu i mini. Ale może,  gdy podoba jej się styl femme fatale czy też lolity. I nadal pozostanie feministką, bo bycie nią to stan duszy, serca, a nie wyglądu.


Skąd u facetów biorą się takie obawy?
Feminizm nie wiedzieć czemu, ma negatywne konotacje, nie tylko w Polsce, czy w USA. Ruchy feministyczne w swoim założeniu miały bronić równych praw kobiet w życiu społecznym, politycznym, gospodarczym. Zagwarantować aktywny udział w wyborach społecznych, czy politycznych. Możliwość decydowania o swoim życiu prywatnym, jak i zawodowym. Mieć zagwarantowaną równą płacę, jak i możliwość rozwoju, awansu.
Męska część społeczeństwa zauważyła, że kobiety co jakiś czas wybuchają, tzn. organizują marsze i manifestacje. Kobiety nie chcą, aby ich głos był  uciszony. Nie chcą, żeby ich potrzeby były stłamszone przez polityków, którzy realnie wpływają na losy społeczeństwa, nie tylko kobiet.
Feministki, zwłaszcza te bardziej znerwicowane i zdesperowane, które poszły na wojnę słowną z mężczyznami, bardzo często nie wytrzymują napiętej sytuacji i zaczynają przeklinać, miotać się w swoich wypowiedziach. To nie służy rozwiązaniu sytuacji, a tylko zaostrza konflikt na drodze kobiece potrzeby vs męska władza. Nie pogardzam kobietami, które już nie wytrzymały, i dały upust swoim emocjom. Walczą wszak o to, by nie podporządkowywać się roli, jaką chcą narzucić im niektórzy mężczyźni. Nie chcą być marionetkami w rękach facetów, a zwłaszcza facetów- polityków.


Ciekawym zjawiskiem socjologicznym, jest to, że na takie marsze także przychodzą mężczyźni (nieliczni, to fakt) jedni z ciekawości, inni jako reporterzy, pozostali to Ci, którzy uważają damską walkę za coś bardzo ważnego i potrzebnego. Ta nieliczna garstka rozumie, że chodzi nie o to, by pokazać która płeć jest silniejsza, ale o to by kobiety poczuły się naprawdę wolne. Jako wolny człowiek, jako istota, która myśli, czuje, ma swoje plany, marzenia, ambicje.

A Wy czujecie się feministkami? I co na to Wasi partnerzy?

2 komentarze:

  1. Antyfeminazista9 lipca 2017 02:57

    Zróbcie w końcu tą seksmisję, bo to prędzej czy później się stanie :
    D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Feministki nie są feminazistkami. Naziści i seksmisja to nie te czasy ;) więc zacytuję słowa tej piosenki: "Ale to już było i nie wróci więcej, chociaż lat nam przybyło, wciąż jesteśmy tacy sami..." No właśnie już nie jesteśmy, tacy jak kiedyś. Czasy się zmieniają. Pozdrawiam

      Usuń